Przenosiny na prywatny serwer.

To musiało kiedyś się stać. I stało się. Większa wolność, lepszy design…

…ten sam Jakub. 

jslogo

 

 

Na tym adresie bloga żadne nowe treści się nie pojawią. Kontynuacja odbędzie się w ramach nowego adresu.

Stay tuned!

Garść faktów na temat jednego z bogów gitary – David Gilmour

Kto nie zna tego nazwiska, niech ze wstydu pokornie posypie swoją głowę popiołem. Jeden z najlepszych gitarzystów w historii rocka, członek ukochanego przeze mnie zespołu Pink Floyd. Stojący trochę w cieniu Watersa (którego z pewnych względów faworyzuję względem Gilmoura) – jest jednak o wiele lepszym od niego gitarzystą. Znany z wyśmienitej solówki w “Comfortably Numb” z genialnego albumu Pink Floyd – The Wall, a także z solowej płyty “On an Island”. Obecnie filantrop, poza uprawianiem muzycznej sztuki jeździ na nartach i lata samolotami. Panowie i Panie – David Gilmour!

David-Gilmour-006

#1 – historia Comfortably Numb

Jak powszechnie wiadomo, The Wall jest często uznawany za niemalże solowe dzieło Watersa. Nie oznacza to jednak, że nikt w ten album nie włożył choćby cząstki swojego dorobku muzycznego. W jednym z najlepszych utworów – Comfortably Numb udział wziął Gilmour i zasilił go wyrywającą z butów solówką. Sam utwór miał znaleźć się na pierwszej solowej płycie Gilmoura, jednak przed jej wydaniem utwór został wycięty i zaimplementowany do The Wall. Jak się okazało, postąpiono bardzo trafnie, utwór świetnie komponuje się z całym albumem i do dziś jest kojarzony wyłącznie z nim.

#2 – mit na temat przyjęcia Gilmoura do Pink Floyd

Wszędzie spotykam się ze stwierdzeniem, że Gilmour “wykopsał” Barretta z ekipy zespołu. Jest w tym co prawda ziarenko prawdy, lecz nie jest to tak, jak sobie wszyscy wyobrażają. Początkowo, został on poproszony przez członków zespołu o zastępstwo Barretta, bez którego większość utworów po prostu się sypała, a ponadto praca nad kolejnym albumem – “A Saucerful of Secrets” wydawała się bez dobrego gitarzysty (oprócz Watersa) wręcz niemożliwa. Przez to i Barrett i Gilmour byli w jednym czasie w zespole, z tym, że Gilmour jedynie ze statusem “substytutu” na wypadek, gdyby ten pierwszy ponownie przesadził z używkami, czy też jego postępująca choroba psychiczna dałaby o sobie znać na tyle, że nie byłby w stanie grać. Kiedy Syd był już w stanie, który uniemożliwiał mu dalszą pracę z zespołem, Gilmour stał się pełnoprawnym członkiem zespołu i jednocześnie wypełnił lukę po Barrecie.

#3 – Gilmour inspiracją dla Marillion

A ściślej dla gitarzysty zespołu – Steve’a Rothery’ego.

#4 – A kto był inspiracją dla Gilmoura?

Jimi Hendrix. Kiedy Gilmour zobaczył Hendrixa występującego w londyńskim klubie nocnym w 1966 roku, stwierdził, że nikt, kto był na imprezie nie zakwestionuje tego, że Jimi osiągnie wiele jako gitarzysta. I nie mylił się.

#5 – Miejsce dla Gilmoura w Rock and Roll Hall of Fame

Jako członek zespołu Pink Floyd został wpisany na tę zaszczytną listę w 1996 roku szczególnie za doskonałe umiejętności gitarowe.

#6 – Ale to nie koniec nagród dla Gilmour’a…

W dniu swoich urodzin, Królowa Elżbieta II uhonorowała Davida tytułem Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego. Ceremonia miała miejsce 14 czerwca 2003 roku. Powodem dla tego szczególnego odznaczenia były liczne sukcesy Gilmour’a w działalności artystycznej, które ukształtowały nie tylko brytyjską kulturę, ale także europejską.

Ponadto w lipcu 2001 roku został wybrany jako najlepszy gitarzysta rockowy wschodniej Anglii w zestawieniu Total Guitar Magazine 12 najlepszych angielskich gitarzystów.

To spowodowało, że jest on uważany za jednego z bardziej wpływowych gitarzystów XX wieku.

#7 – Odczucia Gilmoura względem twórczości zespołu

Jako swój ulubiony utwór, Gilmour wybrał “Shine on You Crazy Diamond” z albumu “Wish You Were Here” (który notabene jest także jego ulubionym). Gilmour stwierdził kiedyś, że to dlatego, iż bardzo cenił sobie twórczość Barretta, dla którego właśnie powstał ten album.

#8 – Co robił przed graniem z Pink Floyd?

Był modelem – jakoś trzeba było zarobić na utrzymanie i pasję, którą była niewątpliwie gitara. Ze względu na to, że w młodości był bardzo przystojnym mężczyzną (nie znam się, sugeruję się opiniami jedynie ;)), zarabiał chwilami na swojej aparycji.

 

Chcesz oduczyć swoje dziecko myślenia? Wyślij je do szkoły!

We don’t need no education…

Ponownie zaczynam “po Floydowemu”. Temat, który od dłuższego czasu nie daje mi spokoju. Przeżyłem już w swoim życiu 4 etapy edukacji. Do przedszkola praktycznie nie chodziłem. Jedyne, co uświadczyłem to tzw. “zerówka”. Ale to jak wszyscy. Potem niesamowicie męczyłem się w objęciach szkoły podstawowej i gimnazjum, a już totalną drogą przez mękę było dla mnie liceum. Co mnie irytowało najbardziej? Zero nauki myślenia, chadzanie przez meandry wiedzy po sznureczku do jedynego, słusznego rozwiązania. 

0

Pewna anegdota z początku moich własnych doświadczeń z systemem edukacji. Przedszkole (do którego chodziłem bardzo krótko). W planie dnia codziennie (oprócz paskudnej zieleniny na obiad) widniało “rysowanie”. Dzieci rysowały barwne rysunki, niedorobione facjaty swoich rodziców, ja natomiast użyłem tylko jednej kartki – czarnej. Podeszła do mnie przedszkolanka i zapytała, cóż to ja stworzyłem na kartce. Popatrzyłem chwilę na zamazaną czarnym kolorem połać papieru i odparłem: “To jest mgła”.

Nie pamiętam, dlaczego tak szybko zakończyłem karierę w przedszkolu. Ale za to jestem rodzicom wdzięczny. Dosyć pozytywnie jeszcze wspominam “zerówkę”, natomiast moje problemy zaczęły się, kiedy już poważnie wpadłem w trybiki systemu.

Nigdy nie byłem pilnym uczniem. Zawsze sprzeciwiałem się bezmyślnemu wkuwaniu regułek, schematów. A tego właśnie wymagała ode mnie szkoła. I przez to miałem czasami niemałe problemy. Potrafiłem je jednak rekompensować logicznym myśleniem i nieszablonowym rozwiązywaniem problemów.

Świetnie wspominam Panią, która w gimnazjum uczyła mnie języka polskiego. Nauczyciel z powołania, z pasją na każdych zajęciach opowiadała o tym, co znalazło się w podstawie programowej danej klasy. U niej praktycznie nie notowałem. Zdarzało się to, ale tylko czasami. Bardzo szybko dostrzegła, że na próżno ode mnie wymagać, abym bezmyślnie uczył się z notatek. Dlatego, na lekcjach przyswajanie wiedzy odbywało się poprzez kreatywną rozmowę. Ponadto, angażowała mnie w działalność artystyczną, gdzie mogłem pomimo pewnego scenariusza przedstawienia, sam dokonać interpretacji swojej roli, dodać coś od siebie do tekstu, który chcąc nie chcąc, musiałem wykuć na pamięć.

W związku z tym, przypomniała mi się pewna sytuacja – a jej bohaterką jest właśnie ta nauczycielka. Mieliśmy zadane to, czego nienawidziłem najbardziej. Uczenie się na pamięć tekstu literackiego, w tym wypadku była to inwokacja. Cóż, jako, że na przedmiocie mi zależało (zasługa Pani Małgorzaty), nauczyłem się. W trakcie recytacji zdarzyło mi się pomylić, jednak nauczony przez nią – nie dałem po sobie tego poznać. Recytowałem dalej, jakby nic się nie stało – tak, jak nauczyła mnie przed recytacją na akademii szkolnej. Po “wymęczeniu” inwokacji byłem pewien, że dostanę obniżoną ocenę. Tak się nie stało. Otrzymałem soczystą “szóstkę”, po lekcji Pani Małgorzata wytłumaczyła mi, że ludzie przecież w większości nie znają tekstu, który będziemy recytować. Najważniejsze, to nie dać poznać po sobie, że coś poszło nie tak.

W tym wypadku miałem wielkie szczęście, że trafiłem akurat na takiego nauczyciela, bo w szkole średniej nic takiego już mi się nie przydarzyło. Polski w liceum był dla mnie udręką, utratą pewnych ideałów, zeskokiem w przepaść. Zero rozwiązywania problemów, idiotyczne pisanie wypracowania pod klucz. W liceum z tego przedmiotu ledwo przechodziłem z klasy do klasy. Trochę ze zniechęcenia, trochę z buntu, a trochę z wrodzonego lenistwa. Lekcja opierała się na suchym dyktowaniu notatki, zaczynała się odpytaniem kilku osób, a kończyła się zadaniem kolejnej, idiotycznej według mnie pracy domowej. Nie mam szczególnego żalu do nauczycielki, która prowadziła zajęcia. Cóż, miałem do czynienia ze służbistką, która straciła gdzieś pasję i robiła tylko to, co mieściło się w schemacie nauczania przedmiotu. Na lekcjach nie było miejsca na dyskusję, wymianę poglądów. 45 minut w sali było dla mnie jak skazanie – w oparach nudy i swego rodzaju absurdu – przecież do cholery mam mózg, ja chcę myśleć! A tymczasem… to chce mi się jedynie spać. Albo iść na wagary. Kończyło się to tym, że na koniec roku raz miałem średnią powyżej 3,2, a telefony do rodziców ze szkoły wręcz się urywały.

Poszedłem na studia. Nie jestem na jakimś wybitnie prestiżowym kierunku, właściwie to złośliwi mogliby stwierdzić, że trenuję “zmywak”. Złośliwych zaspokoję informacją, że z tego kierunku na zmywaku wylądują ci, którzy poszli na studia bez przekonania, na co w ogóle się porwać i z braku perspektyw wybrali akurat taki kierunek. Ci, których studiowanie na kierunku interesuje, raczej w Holandii na winogronach nie wylądują. Teraz jestem po sesji i przecieram oczy ze zdumienia – mam średnią powyżej czterech. Rodzice nie dowierzają. Przecież powinno być dużo gorzej…?

No właśnie. Na studiach rozwiązuje się problemy. Owszem, w oparciu o wiedzę czysto teoretyczną, ale przynajmniej trenuję swoje umiejętności nabywane w toku nauczania danego przedmiotu. Na roku bardzo często jesteśmy łączeni w grupy. To osobiście mi nie odpowiada, ale radzę sobie – zabierając kartkę i praktycznie samemu wykonując zadanie, czasami korzystając z sugestii w grupie. Pod tym względem jestem okropnym indywidualistą – aby skupić się na czymś odpowiednio mocno, muszę to robić sam. Wtedy czuję, że naprawdę myślę. Mogę wymienić swoje spostrzeżenia z nauczycielem, a on traktuje mnie poważnie. Oczywiście, wskaże drogę dochodzenia do rozwiązania problemu, jednak nigdy nie zgani za eksperymentowanie. Nie zniechęca mnie do rozważania niecodziennych problemów, daje swego rodzaju niezależność w dochodzeniu do stanu posiadania wiedzy.

Szkoła uczy tego, jak zdać egzamin, a nie tego, jak nabytą wiedzę wykorzystać w praktyce. Ponadto, mam wrażenie, że szkoły produkują ludzi beznadziejnie niesamodzielnych – chłopak, który w tym roku pisze maturę nie potrafił zrobić przelewu bankowego w placówce. Czynność podstawowa, aczkolwiek…

Mam przyjemność znać dziewczynę, która według mnie jest klasycznym przypadkiem tragicznego wpływu systemu edukacji. Matura zdana wyśmienicie, stypendium, bo i kierunek zamawiany, cały czas w książkach, ale w życiu… totalna “pizda”. Kiedy do właściciela mieszkania, w którym mieszka przyszło wezwanie do odebrania poczty – poleciała niemal z płaczem do koleżanki bardziej obytej krzycząc od progu: “Awizoooo!”. A przecież miała numer do wynajmującego jej mieszkanie jegomościa, wystarczyło sms-a napisać…

I tak oto ludzie wykładają się na wybieraniu ofert banków, przy zakupie leków wybiorą ten bardziej reklamowany (z maksymalną dawkę, phehehe), mimo, że tańsze, niereklamowane mają TAKĄ SAMĄ substancję w TAKIEJ SAMEJ ilości, lokują pieniądze w Amber Gold i wierzą w reklamę Pur-a. Wierzą, że trzeba dobrze zdać maturę i iść na dobre studia, żeby potem zarabiać piątala w korporacji i po 20 latach cierpieć na wypalenie zawodowe.

Co musi zmienić się w szkołach?

Kadra. Niech do szkół w końcu wejdą ludzie młodzi, z pomysłami, którzy z pasją będą uczyć kwiat naszego narodu. Oni wiedzą, jak to robić efektywnie – ci rdzenni użytkownicy nowych technologii nie będą stronić od przekazywania wiedzy uczniom w sposób ciekawy, za pomocą prezentacji audiowizualnych, doświadczeń, czy rozwiązywaniu ciekawych problemów. Na etapie intelektualnego rozwoju każdy z nas jest badaczem, który najlepiej uczy się dotykając przedmiotu, którego problem dotyczy.

System. Ucząc, nauczyciele powinni ciekawie serwować uczniom wiedzę, a nie tylko zasypywać ich informacjami i oczekiwać, że będą się tego pilnie uczyć. Nie tędy droga – wiedzę należy przede wszystkim zrozumieć. Nie jest sztuką być chodzącą encyklopedia, bezmyślnie deklamować regułki z książek, sztuką jest posiadaną wiedzę spożytkować. Od człowieka powinno się oczekiwać umiejętności rozwiązywania problemów, a szkoła obecnie tego nie rozwija.

Szkoły powinny też przykładać dużą uwagę do tego, by uczniowie z chwilą wejścia w dorosłość mieli już pewien zasób intelektualny, dzięki któremu odnajdą się w dorosłym świecie. By nie bały się podejmować poważnych decyzji i potrafiły radzić sobie chociażby w urzędach, czy bankach.

Powinny zniknąć wypracowania “pod klucz”. Jesteśmy ludźmi, a nie jasnowidzami do ciężkiej cholery! Człowiek przystosowany do pisania takich wypracowań nie potrafi potem poprawnie argumentować własnych sądów (o ile je ma), o problemach badawczych, które często pojawiają się na studiach, już nie wspomnę.

Nie powinna liczyć się droga dochodzenia do celu, lecz sam fakt osiągnięcia celu. Myślenie ma to do siebie, że nie polega na schematycznym rozwiązywaniu problemu. Liniowość myślenia to prosta droga do wyprodukowania maszyn-urzędasów, których tak bardzo przecież nienawidzimy. Rodzimy się kreatywni nie bez powodu – nie należy tego zabijać.

I na koniec – wiem, że ten tekst niczego nie zmieni. To smutne pisać coś, co jest w sumie tylko naiwnym marzeniem. Ale… marzenia nic nie kosztują, prawda? 

Gorzkie żale – rzecz o demokracji w grupie.

Wiecie, jak czuje się człowiek, który dochodzi do tego, że demokracja to ułomna forma sprawowania rządów, pomimo tego, że całe jego otoczenie mówiło mu, że jest to stan idealny? Taki człowiek czuje się po prostu oszukany. Sam jestem zdania, że im człowiek dojrzalszy (i wcale tu nie chodzi o physis), zaczyna dochodzić do wniosków, które nijak pokrywają się z myśleniem ogółu. Do tego, że demokracja jest ułomnością samą w sobie doszedłem już dawno, ale na swojej skórze doświadczyłem tego dopiero przed paroma dniami. Będę się trochę żalił, ale cóż…

tumblr_m1ylmbzTPv1qekii3o1_500

Rzecz zaczęła się banalnie. W dobie informatyzacji, na roku funkcjonuje skrzynka mailowa służąca do kontaktu z nauczycielami prowadzącymi zajęcia. Rozwiązanie proste, wygodne, zarówno dla nas – studentów, jak i dla nauczycieli, którzy mogą w prosty sposób przesłać nam zagadnienia do egzaminów, czy też informację o tym, że któreś zajęcia się nie odbędą. Oczywiście, jako osoba świadomie korzystająca z Internetu, jestem za takimi przedsięwzięciami. Jednak… nie został uwzględniony jeden z najważniejszych czynników pochodzenia ludzkiego – głupoty.

Tuż po rozpoczęciu się nowego semestru na uczelni, okazało się, że ktoś w przypływie inspiracji (zapewne chodziło o ekspresję myśli osoby szczególnie obdarzonej “rozumem”) napisał wiadomość do nauczyciela o niewybrednej treści. Oczywiście, wielka konsternacja, nie wiadomo co zrobić, zwłaszcza, że odbiorca maila zdążył na niego odpisać, nie ukrywając swojego zaskoczenia i oburzenia tym faktem. Blady strach padł na ludzi z roku, taki incydent bowiem może pogrzebać dobre imię rocznika na kierunku.

<stukam się w czoło>

A teraz wypada mi przytoczyć pewną uniwersalną mądrość, która przyświeca mi od dłuższego czasu.

Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara.

Skąd ten paradoks? Może wrócę do tematu. Jako, że jestem świadomy, że pod względem posługiwania się Internetem na roku w pewnym stopniu przewyższam niektórych (nie, żebym to traktował jako swój “szczególny atut”, po prostu zaznaczam), postanowiłem wyjaśnić sprawę nauczycielowi, przy okazji przepraszając w imieniu całego roku, a nawet niejako biorąc winę na siebie. Bo rzeczywiście, mogłem przewidzieć, że ktoś odwali takie jajo i temu przeciwdziałać.

W odpowiedzi widać było już opanowanie emocji przez nauczyciela, mieliśmy szczęście.

No, ok. ale już po sytuacji, zaczęliśmy się zastanawiać, jak rozwiązać sprawę teraz, by takie coś w przyszłości nie miało miejsca. Uprzednio oczywiście zmieniłem hasło do poczty e-mail i zdecydowałem nikomu nie dawać uprawnień. I to stało się kością niezgody na roku.

Bo jak to, Szczęsny ma hasło, a ja nie? Tak być nie będzie!

Nie jesteś starostą, nie będziesz miał hasła.

Nie jesteś prezesem, aby rozporządzać dobrem publicznym.

No, nie jestem starostą. Za to za maila powinniśmy wszyscy brać odpowiedzialność. Skoro ktoś nie przypilnował sobie komputera, czy też sam dopuścił się tak idiotycznego czynu, a mail jest wspólny, odpowiadamy wszyscy. Poza tym, nie wiem dlaczego, ale brak dostępu do głupiego maila (na nim świat się kończy?!) został potraktowany jako sankcję skierowaną w stronę wszystkich. Nikt natomiast nie pomyślał o tym, że jest to środek prewencji. Chyba każdemu zależy na tym, aby być dobrze postrzeganym na roku, prawda? No, chyba, że ktoś wyrwał się do Rzeszowa z przekonaniem, że na uczelni nie należy sobie wyrabiać “marki”. Owszem, trzeba. Całe życie to jest sprzedaż, marketing.

Odniosę się jeszcze do tego, że wśród Polaków panuje przekonanie, że na wszystkim znają się najlepiej. No, niestety to prawda nie jest – i dlatego właśnie ludzi powinno kategoryzować się wedle specjalności i szanować ten podział. Trochę więcej zaufania do innych, ludzie…

Moją propozycją rozwiązania kwestii bezpieczeństwa korespondencji roku było utworzenie przekierowania na drugi adres e-mail, aby był on dostępny dla wszystkich, lecz nie służył do wysyłania wiadomości. Ten, do komunikacji z nauczycielami administrowałby jedynie starosta. I wtedy podobnym incydentom moglibyśmy ukręcić łeb.

Jednak mojej propozycji nie przyjrzał się nikt. Ba, nikt jej nie zrozumiał. Bo nie chciał. Rozwiązanie proste jak drut, nieprzeszkadzające w niczym, a jednak niezaakceptowane. Dlaczego? Bo ludzie nie rozumieją. Nie chcą.

Wygrała demokracja – w śmiesznym głosowaniu nad rozwiązaniem sprawy poczty elektronicznej. Decyzję podtrzymała starosta. Nie miała wyjścia? Niekoniecznie.

Przywództwo to nie tylko sztuka osiągania kompromisów poprzez dogadzanie tym, co najgłośniej się drą. Przywództwo to przede wszystkim sztuka kompromisów, pokazywania ludziom najlepszych możliwych rozwiązań i rozważanie ich samemu. Przywódca ma decydujące zdanie (zawsze, przynajmniej według mnie) i to on, czasami niezależnie od grupy powinien podejmować jasne i stanowcze decyzje. Jeżeli tego nie ma, osiągniemy stan ułomności – kiedy to osoby, które na rzeczy się nie znają, decydują o przyszłości grupy. 

Na koniec tego tekstu, pozostaje mi tylko życzyć powodzenia, aby znowu nie zdarzyła się taka sytuacja. Czuję, że następnym razem tyle szczęścia nie będzie i adresat nie będzie już taki wyrozumiały.

student-praca2

Co robić po studiach – dylemat nowo wyprodukowanych magistrów, inżynierów, licencjatów.

Otrzymujesz do ręki upragniony papier, w którym stwierdza się, że osiągnąłeś pewien poziom w toku kształcenia się na pewnym kierunku. Jesteś z siebie dumny, bo przetrwałeś kilka sesji, masę kolokwium i egzaminów. Trochę się pouczyłeś, trochę pobalowałeś – ale pewne jest jedno. Masz tytuł. No, dobra, ale co dalej?

Jak w Polsce jest z pracą, wiemy wszyscy. Obecnie, bezrobocie sięga pułapu 14%, co jest bardzo dużym odsetkiem osób bez zatrudnienia. Co jest temu winne? Kryzys (sztucznie nadmuchany, ale kryzys…), który zmusił pracodawców do obcięcia kosztów, a co za tym idzie do redukcji zatrudnień. Powszechnie wiadomo przecież, że pracownik to nie tylko trybik przynoszący dochody właścicielowi przedsiębiorstwa, ale także koszt, który jeżeli nie jest potrzebny, należy zlikwidować. Obecna sytuacja absolutnie nie sprzyja temu, aby pracodawcy chętniej zatrudniali nowych pracowników. Oprócz płacy dochodzi także do zapłacenia ubezpieczenie społeczne, które małe nie jest (a tak naprawdę, to wielkie gówno z tego mamy…). Dlatego też coraz częściej spotyka się umowy śmieciowe oraz zjawisko pracy “na czarno”. A kto dłużej nie może znaleźć pracy w Polsce, wyrusza za granicę, gdzie stanowisko na zmywaku, czy na taśmie produkcyjnej czeka na pracownika – i to za wiele lepszą płacę, niż w Polsce, rzecz jasna.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby na ten zmywak jechały osoby niewykwalifikowane do innej pracy, które rzeczywiście w Polsce pracy raczej nie znajdą. A tak, to mamy drenaż mózgów, tyle, że te mózgi na wygnaniu wcale nie robią tego, czego nauczyły się w Polsce. Z takiej oto okazji mamy magistrów na halach produkcyjnych, którzy po paru latach pracy już nie bardzo pamiętają, o co chodziło w tym, czego tak pilnie uczyli się w trakcie studiów.

Nie jest to problem jedynie na studiach humanistycznych. Po prawie pracę znajdzie sobie ten, kto zda aplikację i ma pewne znajomości. Z tym czasami jest ciężko. Po pedagogice w szkole pracę znaleźć jest równie trudno, bo stare pierdzistołki wśród nauczycieli nie bardzo chcą wpuszczać do zawodu młode osoby. Tam także bez dobrych znajomości ani rusz. I tak jest w większości przypadków. Aby dostać się do pracy do urzędu, też trzeba mieć plecy, albo zasobny portfel rodziców. Dzięki temu mamy w różnych instytucjach dziadkoland, gdzie stanowiska piastują osoby, które zatrzymały się w myśleniu już parędziesiąt lat wstecz i za nic nie chcą się dostosować do obecnych realiów, co obecnie jest konieczne.

A co można robić po socjologii? Po pierwszym semestrze tego kierunku uświadomiłem sobie, że nie jest to kierunek zły. Jest on jedynie źle wykorzystany. Według mnie osoba po studiach socjologicznych da sobie radę jako dziennikarz, spec od reklamy, PR-owiec, pracownik socjalny. Rozstrzał jest dosyć duży. A ja? Ja mam na to wszystko inny pomysł. ;)

Od małego mi wpajano, że etat to nic fajnego. Idziesz na 8 godzin do pracy, odbębniasz swoje, bierzesz pensję i tak w kółko. Rzadko jest możliwość rozwijania się, awansu, jesteś zależny od swojego szefa – perspektywa nieciekawa. Toteż obrałem sobie za cel własną działalność. Jaką? Uch, no wszystkiego powiedzieć nie mogę. Na pewno będę pracował z ludźmi i będę chciał czerpać z tego dobre profity.

A co ze studentami? Cóż, dużo musi zmienić się w myśleniu. Jeszcze więcej w pomyśle na życie. Etat powinno się traktować jak ostateczność, nie jako sposób na życie. Kiedyś usłyszałem pewne bardzo mądre zdanie:

Człowieka szczęśliwego poznasz po tym, że przez całe swoje życie nie chadzał jedną drogą do swojej pracy.
A jeszcze szczęśliwszego po tym, że w swoim życiu nie przepracował ani jednego dnia – robiąc to, co lubi.

A jednak – dwa zdania.

Graduates in Cap and Gown

Prace licencjackie odejdą w niepamięć?

Jako, że jestem studentem i zamierzam nim być, z wszelkimi rewelacjami na temat działania ośrodków akademickich, ewaluacji wiedzy, czy też udowadniania swoich kompetencji w toku kolejnych etapów kształcenia jestem na bieżąco. Przemierzając bezkresne czeluście Internetu natknąłem się na ciekawy artykuł, który dotyczy konkretnie mojej uczelni. I czytając go pochyliłem się niżej nad tematem – czy prace licencjackie są nam rzeczywiście potrzebne? 

Czytam czasem portal internetowy “Nowiny24″. Tam właśnie znalazłem interesujący wpis, który dotyczy właśnie bezpośrednio uczelni, na której mam przyjemność studiować. W artykule wypowiada się rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego, prof. Aleksander Bobko, zatem informacja jest oczywiście poparta opinią autorytetu, osoby, która wiele może w kwestiach działania samej uczelni. Czy można to uznać za wprowadzenie do zmian w uzyskiwaniu tytułu licencjata? Uważam, że z pewnością tak.

Link do artykułu na Nowiny24

I rzeczywiście, skupmy się teraz na punkcie widzenia studenta. Dostaje do napisania pracę licencjacką. Co robi jako pierwsze? (O ile nie zleci napisania pracy komuś innemu…). Szuka w Google. Google to prawdziwa wyrocznia dla studentów. I na podstawie informacji znalezionych w Internecie powstaje taka praca. Podobna do setek innych. Niewnosząca zupełnie nic do dorobku naukowego. Będąca tylko przedmiotem oceny nauczyciela akademickiego i… kolejną porcją tego samego na półce. To naprawdę smutne, jak dzisiaj wygląda powaga prac akademickich. Przecież taka praca powinna być swoistym udowodnieniem tego, że to, czego nauczyliśmy się nie jest tylko ocenami w indeksie, ale rzeczywiście posiadaną wiedzą, którą potrafimy wykorzystać w praktyce.

Z punktu widzenia nauczyciela akademickiego – taka praca jest jedną z wielu, której nie przeczyta nikt oprócz promotora, recenzenta no i oczywiście samego autora (o ile jest autorem tejże pracy…). Wypociny takie trafiają potem w stos innych, jej podobnych i niszczeje bez pożytku dla innych.

Jakie więc jest rozwiązanie tego problemu? Obecnie, kręgi akademickie rozważają wprowadzenie opracowywanie pewnych projektów i zdawanie egzaminu. To jednak nie jest takie proste, bowiem sprawa ma się inaczej względem niektórych kierunków. Bo przecież nie może to wyglądać tak samo na socjologii, filozofii i budownictwie, prawda? W tym wszystkim należy zawrzeć swego rodzaju złoty środek, a kierować się trzeba użytecznością takich prac. Chwalebnym uczynkiem byłoby to, aby takie prace mogłyby być w dobrym celu wykorzystane.

Przezorny zawsze ubezpieczony. ;)

Nauczony gorzkim doświadczeniem, na początku nowej działalności tego bloga pozwoliłem sobie ograniczyć uprawnienia adresom IP sieci GSK Gonet na moim blogu.

Jako, że niektórzy użytkownicy tej sieci niejednokrotnie pokazali, że nie są zdolni do normalnej dyskusji, niestety byłem zmuszony do zarządzenia moderacji postów napisanych z IP tej sieci. Nie oznacza to, że osoby łączące się z GSK Gonet nie będą mogły zamieszczać komentarzy, czy też czytać bloga. Jedyne ograniczenie polega na tym, że przed opublikowaniem komentarza zostanie on uprzednio sprawdzony, czy nie jest kolejną prowokacją, czy też idiotycznym wpisem osoby leczącej sobie kompleksy przez Internet.

Zatem, internetowi pieniacze z prowincji mogą pomarzyć o flejmach na tym blogu. Jaka szkoda. :(

Zakopane_dalsza_nasada_goleni_www_DSC00037

Podjąłeś pracę na studiach? Sprawdź, czy jesteś ubezpieczony, albo szpital wystawi Ci rachunek.

Student ubezpieczenie zdrowotne powinien mieć. Jako grupa społeczna ciężko pracująca głową i przełykiem (student szybko się odwadnia i musi duuużo pić), jesteśmy narażeni na różne, nieciekawe wypadki. Abyśmy tuż po nich mogli się z nich głośno śmiać, wypadałoby nam nie zapłacić rachunku za doprowadzenie nas do stanu używalności. 

Kto ogląda telewizję, wie o czym mówię. Parę tygodni temu zaalarmował mnie Polsat, który w programie “Interwencja” wyemitował reportaż nt. studentki, która podjąwszy pracę w czasie studiów, po jej zakończeniu została nieubezpieczona. I z tego oto powodu miała wielkie nieprzyjemności w szpitalu.

Nie uważałem, że podobna sprawa będzie dotyczyć mnie. Chociaż dobrze wiedziałem, że przed rozpoczęciem studiów podjąłem pracę. Za granicą co prawda, ale jednak praca. Następnie “ten, który je owoc naszego żywota” – ZUS poinformował mnie o tym, że odprowadzono za mnie składkę emerytalną (Hurra!) i jeszcze nie wybrałem swojego OFE. Jak będę chciał, to sobie zmienię, a tymczasem, niech mi wylosują.

Sprawy te olałem i w złośliwości swojej wszelkiej – życie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Nadmienić należy, że zarejestrowałem się do “Medyka” w Rzeszowie (którego zaraz kopnę w dupę za okłamanie mnie w żywe oczy). I poszedłem do placówki obok Politechniki. Tam, w rejestracji okazało się, że ubezpieczony nie jestem i muszę wypełnić oświadczenie, że jednak jestem uprawniony do opieki medycznej z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego. Cóż tam, podpisałem się, wszedłem do gabinetu, a rozmowa z lekarzem trwała 2 minuty. Obejrzał oko, kazał żreć antybiotyk, a jak nie pomoże, to iść do okulisty. Jak mi za to wystawią rachunek, to się mocno zdenerwuje.

Miałem Medykowi nawrzucać. Bardzo proszę – kiedy to rozpoczynałem studia, przyszły do sali 2 w sumie miłe panie z ofertą zapisania się do przychodni. Mnie to było na rękę, bo jeżeli zachoruję w trakcie nauki, to nie będzie problemu z dostaniem się do lekarza. Przy okazji, zarzekały się one, że z miejsca pierwotnego zarejestrowania (czyli NZOZ w moim miejscu zamieszkania) wyrejestrowany nie zostanę. Dobra, dostały moje dane, podpis i voila. Przynajmniej spokojność umysłu zachowam.

A tutaj okazuje się najlepsze – chcąc zrobić sobie badania (krew, siku, kupa), uprzednio uzyskując skierowanie od lekarza rodzinnego dowiaduje się, że ubezpieczony dalej nie jestem, a na dodatek, do lekarza się nie zapiszę, bo zostałem wyrejestrowany.

Kurwa mać!

Zatem Panie w Medyku zrobiły mnie w konia i zapewne pobrały za to niemałą prowizję. Sądząc po gabarytach jednej z nich już wiem, co zrobiła z ekstra dodatkiem do pensji. Druga za składki z mojego ubezpieczenia pewnie zakupiła sobie więcej tapety na ten pusty łeb, a to wszystko dzięki temu, że skłamały. Tak się nie robi, ale cóż.

Wracamy do tematu. Nauczony doświadczeniem, poszedłem do księgowej swojego rodziciela i dowiedziałem się, że ZUS oświadcza wszem i wobec, że ja, Jakub Szczęsny jestem ubezpieczony. Taaak? To skąd niby NFZ uważa, że nie jestem? Bo ma burdel. Być może też spowodowany tym, że rzeczywiście mogłem przerwać okres ubezpieczenia podejmując pracę w pełnym wymiarze godzin (a nawet większym, wszak w rzeźni zapieprzałem 10h codziennie…). Nic to, teraz powinno być wszystko w porządku, bo zawczasu tym się zająłem. A Tobie studencie radzę:

Jeżeli pracowałeś w czasie studiów i przestałeś – sprawdź swoje ubezpieczenie. Idź do swojej przychodni i zapytaj, jak tam z Twoimi składkami jest. Jeżeli nie jesteś, dzwoń do rodzica i niech ponownie wpiszę Cię do swojego ubezpieczenia (niezależnie, czy u pracodawcy, czy u siebie, czy też jest na emeryturze).

Jeżeli pracowałeś przed studiami, zrób to samo, co powyżej.

Olewając sprawę narażasz się na nieprzyjemne koszty – złamanie ręki spowoduje wystawienie Tobie rachunku na około 3 tysiące złotych. Noga – około 5. Dużo? Bardzo.

A co do Medyka – poprzysiągłem sobie, że będą mieli ze mną więcej roboty, niż się spodziewają. Będę regularnie rejestrował się u siebie w miejscowości i u nich w Rzeszowie, tak z 5-6 razy do roku. Ja za to nie płacę, oni już niestety tak. Może mi się w ciągu 3-4 lat zwróci prowizja dla pań, które mnie wkopały w Medyka.

Isn’t it where… we came in?

Hola, hola. To już było. Było i to porzuciłeś w pierony. Jakubie, daj sobie spokój wreszcie. Osiągnąłeś dużo, starczy. Ludzie chcieli Cię po sądach ścigać, bluzgali wściekle w komentarzach, spluwali na Twój widok, kiedy tylko koło nich przechodziłeś. W sumie, to na sam dźwięk Twojego nazwiska już dawno spluwali z niesmakiem, rozmyślając o swoich marzeniach, które w większości nigdy się nie spełnią.

tumblr_m943hrucFr1rdirypo1_500

Nie.

Nie bez powodu użyłem cytatu z The Wall Floyd’ów. Rzeczywiście, to już było. Zaczęło się podobnie. Od pustej kartki, pustego miejsca na blogu. Pierwszy wpis, pierwsze cięcie, pierwsi czytelnicy. Potem pierwsze obyczajowe ekscesy, zaostrzenie języka, kontrowersje, pierwsze groźby, jeszcze więcej odwiedzin, aż w końcu doszło do porzucenia przeze mnie projektu.

O co tutaj chodzi? Wiecie co, nudzi mi się. Poza tym, lubię pisać. Jakie to proste, prawda? O czym będę pisać? O tym, co mi się nawinie – podzielę się od czasu do czasu wrażeniami z zabawy jakimś nowym gadżecikiem, zleję błotem od góry do dołu kogo trzeba, pochylę się nad sensem życia (ale tylko wtedy, kiedy będę nietrzeźwy).

Jeżeli szukacie szczerości, tutaj znajdziecie jej aż nadmiar. Blog ten będzie nią wypełniony aż po brzegi, razem z wypukłym meniskiem. Będzie trochę śmieszno, trochę straszno… zależnie od tematu. Tam, gdzie stosowna będzie słowna błazenada, tam się ona znajdzie. Gdzie trzeba będzie zachować powagę – będzie zachowana. Wszystkiego po trochu, blogowy bigos, który dla niektórych może być zbyt ostry, dla niektórych za mdły, a parę osób pociągnie na wymioty. Garstce przypadnie do gustu, coś, jak jedzenie robali. Dla koneserów, dla ludzi wybranych – nie dla idiotów. Jak Media Markt z pozoru.

Zapraszam na show.