Chcesz oduczyć swoje dziecko myślenia? Wyślij je do szkoły!

We don’t need no education…

Ponownie zaczynam „po Floydowemu”. Temat, który od dłuższego czasu nie daje mi spokoju. Przeżyłem już w swoim życiu 4 etapy edukacji. Do przedszkola praktycznie nie chodziłem. Jedyne, co uświadczyłem to tzw. „zerówka”. Ale to jak wszyscy. Potem niesamowicie męczyłem się w objęciach szkoły podstawowej i gimnazjum, a już totalną drogą przez mękę było dla mnie liceum. Co mnie irytowało najbardziej? Zero nauki myślenia, chadzanie przez meandry wiedzy po sznureczku do jedynego, słusznego rozwiązania. 

0

Pewna anegdota z początku moich własnych doświadczeń z systemem edukacji. Przedszkole (do którego chodziłem bardzo krótko). W planie dnia codziennie (oprócz paskudnej zieleniny na obiad) widniało „rysowanie”. Dzieci rysowały barwne rysunki, niedorobione facjaty swoich rodziców, ja natomiast użyłem tylko jednej kartki – czarnej. Podeszła do mnie przedszkolanka i zapytała, cóż to ja stworzyłem na kartce. Popatrzyłem chwilę na zamazaną czarnym kolorem połać papieru i odparłem: „To jest mgła”.

Nie pamiętam, dlaczego tak szybko zakończyłem karierę w przedszkolu. Ale za to jestem rodzicom wdzięczny. Dosyć pozytywnie jeszcze wspominam „zerówkę”, natomiast moje problemy zaczęły się, kiedy już poważnie wpadłem w trybiki systemu.

Nigdy nie byłem pilnym uczniem. Zawsze sprzeciwiałem się bezmyślnemu wkuwaniu regułek, schematów. A tego właśnie wymagała ode mnie szkoła. I przez to miałem czasami niemałe problemy. Potrafiłem je jednak rekompensować logicznym myśleniem i nieszablonowym rozwiązywaniem problemów.

Świetnie wspominam Panią, która w gimnazjum uczyła mnie języka polskiego. Nauczyciel z powołania, z pasją na każdych zajęciach opowiadała o tym, co znalazło się w podstawie programowej danej klasy. U niej praktycznie nie notowałem. Zdarzało się to, ale tylko czasami. Bardzo szybko dostrzegła, że na próżno ode mnie wymagać, abym bezmyślnie uczył się z notatek. Dlatego, na lekcjach przyswajanie wiedzy odbywało się poprzez kreatywną rozmowę. Ponadto, angażowała mnie w działalność artystyczną, gdzie mogłem pomimo pewnego scenariusza przedstawienia, sam dokonać interpretacji swojej roli, dodać coś od siebie do tekstu, który chcąc nie chcąc, musiałem wykuć na pamięć.

W związku z tym, przypomniała mi się pewna sytuacja – a jej bohaterką jest właśnie ta nauczycielka. Mieliśmy zadane to, czego nienawidziłem najbardziej. Uczenie się na pamięć tekstu literackiego, w tym wypadku była to inwokacja. Cóż, jako, że na przedmiocie mi zależało (zasługa Pani Małgorzaty), nauczyłem się. W trakcie recytacji zdarzyło mi się pomylić, jednak nauczony przez nią – nie dałem po sobie tego poznać. Recytowałem dalej, jakby nic się nie stało – tak, jak nauczyła mnie przed recytacją na akademii szkolnej. Po „wymęczeniu” inwokacji byłem pewien, że dostanę obniżoną ocenę. Tak się nie stało. Otrzymałem soczystą „szóstkę”, po lekcji Pani Małgorzata wytłumaczyła mi, że ludzie przecież w większości nie znają tekstu, który będziemy recytować. Najważniejsze, to nie dać poznać po sobie, że coś poszło nie tak.

W tym wypadku miałem wielkie szczęście, że trafiłem akurat na takiego nauczyciela, bo w szkole średniej nic takiego już mi się nie przydarzyło. Polski w liceum był dla mnie udręką, utratą pewnych ideałów, zeskokiem w przepaść. Zero rozwiązywania problemów, idiotyczne pisanie wypracowania pod klucz. W liceum z tego przedmiotu ledwo przechodziłem z klasy do klasy. Trochę ze zniechęcenia, trochę z buntu, a trochę z wrodzonego lenistwa. Lekcja opierała się na suchym dyktowaniu notatki, zaczynała się odpytaniem kilku osób, a kończyła się zadaniem kolejnej, idiotycznej według mnie pracy domowej. Nie mam szczególnego żalu do nauczycielki, która prowadziła zajęcia. Cóż, miałem do czynienia ze służbistką, która straciła gdzieś pasję i robiła tylko to, co mieściło się w schemacie nauczania przedmiotu. Na lekcjach nie było miejsca na dyskusję, wymianę poglądów. 45 minut w sali było dla mnie jak skazanie – w oparach nudy i swego rodzaju absurdu – przecież do cholery mam mózg, ja chcę myśleć! A tymczasem… to chce mi się jedynie spać. Albo iść na wagary. Kończyło się to tym, że na koniec roku raz miałem średnią powyżej 3,2, a telefony do rodziców ze szkoły wręcz się urywały.

Poszedłem na studia. Nie jestem na jakimś wybitnie prestiżowym kierunku, właściwie to złośliwi mogliby stwierdzić, że trenuję „zmywak”. Złośliwych zaspokoję informacją, że z tego kierunku na zmywaku wylądują ci, którzy poszli na studia bez przekonania, na co w ogóle się porwać i z braku perspektyw wybrali akurat taki kierunek. Ci, których studiowanie na kierunku interesuje, raczej w Holandii na winogronach nie wylądują. Teraz jestem po sesji i przecieram oczy ze zdumienia – mam średnią powyżej czterech. Rodzice nie dowierzają. Przecież powinno być dużo gorzej…?

No właśnie. Na studiach rozwiązuje się problemy. Owszem, w oparciu o wiedzę czysto teoretyczną, ale przynajmniej trenuję swoje umiejętności nabywane w toku nauczania danego przedmiotu. Na roku bardzo często jesteśmy łączeni w grupy. To osobiście mi nie odpowiada, ale radzę sobie – zabierając kartkę i praktycznie samemu wykonując zadanie, czasami korzystając z sugestii w grupie. Pod tym względem jestem okropnym indywidualistą – aby skupić się na czymś odpowiednio mocno, muszę to robić sam. Wtedy czuję, że naprawdę myślę. Mogę wymienić swoje spostrzeżenia z nauczycielem, a on traktuje mnie poważnie. Oczywiście, wskaże drogę dochodzenia do rozwiązania problemu, jednak nigdy nie zgani za eksperymentowanie. Nie zniechęca mnie do rozważania niecodziennych problemów, daje swego rodzaju niezależność w dochodzeniu do stanu posiadania wiedzy.

Szkoła uczy tego, jak zdać egzamin, a nie tego, jak nabytą wiedzę wykorzystać w praktyce. Ponadto, mam wrażenie, że szkoły produkują ludzi beznadziejnie niesamodzielnych – chłopak, który w tym roku pisze maturę nie potrafił zrobić przelewu bankowego w placówce. Czynność podstawowa, aczkolwiek…

Mam przyjemność znać dziewczynę, która według mnie jest klasycznym przypadkiem tragicznego wpływu systemu edukacji. Matura zdana wyśmienicie, stypendium, bo i kierunek zamawiany, cały czas w książkach, ale w życiu… totalna „pizda”. Kiedy do właściciela mieszkania, w którym mieszka przyszło wezwanie do odebrania poczty – poleciała niemal z płaczem do koleżanki bardziej obytej krzycząc od progu: „Awizoooo!”. A przecież miała numer do wynajmującego jej mieszkanie jegomościa, wystarczyło sms-a napisać…

I tak oto ludzie wykładają się na wybieraniu ofert banków, przy zakupie leków wybiorą ten bardziej reklamowany (z maksymalną dawkę, phehehe), mimo, że tańsze, niereklamowane mają TAKĄ SAMĄ substancję w TAKIEJ SAMEJ ilości, lokują pieniądze w Amber Gold i wierzą w reklamę Pur-a. Wierzą, że trzeba dobrze zdać maturę i iść na dobre studia, żeby potem zarabiać piątala w korporacji i po 20 latach cierpieć na wypalenie zawodowe.

Co musi zmienić się w szkołach?

Kadra. Niech do szkół w końcu wejdą ludzie młodzi, z pomysłami, którzy z pasją będą uczyć kwiat naszego narodu. Oni wiedzą, jak to robić efektywnie – ci rdzenni użytkownicy nowych technologii nie będą stronić od przekazywania wiedzy uczniom w sposób ciekawy, za pomocą prezentacji audiowizualnych, doświadczeń, czy rozwiązywaniu ciekawych problemów. Na etapie intelektualnego rozwoju każdy z nas jest badaczem, który najlepiej uczy się dotykając przedmiotu, którego problem dotyczy.

System. Ucząc, nauczyciele powinni ciekawie serwować uczniom wiedzę, a nie tylko zasypywać ich informacjami i oczekiwać, że będą się tego pilnie uczyć. Nie tędy droga – wiedzę należy przede wszystkim zrozumieć. Nie jest sztuką być chodzącą encyklopedia, bezmyślnie deklamować regułki z książek, sztuką jest posiadaną wiedzę spożytkować. Od człowieka powinno się oczekiwać umiejętności rozwiązywania problemów, a szkoła obecnie tego nie rozwija.

Szkoły powinny też przykładać dużą uwagę do tego, by uczniowie z chwilą wejścia w dorosłość mieli już pewien zasób intelektualny, dzięki któremu odnajdą się w dorosłym świecie. By nie bały się podejmować poważnych decyzji i potrafiły radzić sobie chociażby w urzędach, czy bankach.

Powinny zniknąć wypracowania „pod klucz”. Jesteśmy ludźmi, a nie jasnowidzami do ciężkiej cholery! Człowiek przystosowany do pisania takich wypracowań nie potrafi potem poprawnie argumentować własnych sądów (o ile je ma), o problemach badawczych, które często pojawiają się na studiach, już nie wspomnę.

Nie powinna liczyć się droga dochodzenia do celu, lecz sam fakt osiągnięcia celu. Myślenie ma to do siebie, że nie polega na schematycznym rozwiązywaniu problemu. Liniowość myślenia to prosta droga do wyprodukowania maszyn-urzędasów, których tak bardzo przecież nienawidzimy. Rodzimy się kreatywni nie bez powodu – nie należy tego zabijać.

I na koniec – wiem, że ten tekst niczego nie zmieni. To smutne pisać coś, co jest w sumie tylko naiwnym marzeniem. Ale… marzenia nic nie kosztują, prawda? 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s