Hej, polub mnie na Facebook’u!

Spodobał Ci się mój blog? Cieszę się. Nawet, jeżeli nie jesteś w pełni zadowolony/a z tego, co tutaj przeczytałeś/aś, zawsze możesz w pewien sposób zasubskrybować treści, które będą się tutaj pojawiały. Najprościej będzie poprzez Facebook’a. Klikając znacznik „Lubię to” na fanpage’u dotyczącym właśnie tej strony, będziesz na bieżąco z nowymi wpisami. 

Kliknij logo Facebook’a poniżej, aby przenieść się na stronę mojego bloga, a następnie kliknij „Lubię to”.

Dziękuję. 😉

facebook_logo

Reklamy

Prace licencjackie odejdą w niepamięć?

Jako, że jestem studentem i zamierzam nim być, z wszelkimi rewelacjami na temat działania ośrodków akademickich, ewaluacji wiedzy, czy też udowadniania swoich kompetencji w toku kolejnych etapów kształcenia jestem na bieżąco. Przemierzając bezkresne czeluście Internetu natknąłem się na ciekawy artykuł, który dotyczy konkretnie mojej uczelni. I czytając go pochyliłem się niżej nad tematem – czy prace licencjackie są nam rzeczywiście potrzebne? 

Czytam czasem portal internetowy „Nowiny24”. Tam właśnie znalazłem interesujący wpis, który dotyczy właśnie bezpośrednio uczelni, na której mam przyjemność studiować. W artykule wypowiada się rektor Uniwersytetu Rzeszowskiego, prof. Aleksander Bobko, zatem informacja jest oczywiście poparta opinią autorytetu, osoby, która wiele może w kwestiach działania samej uczelni. Czy można to uznać za wprowadzenie do zmian w uzyskiwaniu tytułu licencjata? Uważam, że z pewnością tak.

Link do artykułu na Nowiny24

I rzeczywiście, skupmy się teraz na punkcie widzenia studenta. Dostaje do napisania pracę licencjacką. Co robi jako pierwsze? (O ile nie zleci napisania pracy komuś innemu…). Szuka w Google. Google to prawdziwa wyrocznia dla studentów. I na podstawie informacji znalezionych w Internecie powstaje taka praca. Podobna do setek innych. Niewnosząca zupełnie nic do dorobku naukowego. Będąca tylko przedmiotem oceny nauczyciela akademickiego i… kolejną porcją tego samego na półce. To naprawdę smutne, jak dzisiaj wygląda powaga prac akademickich. Przecież taka praca powinna być swoistym udowodnieniem tego, że to, czego nauczyliśmy się nie jest tylko ocenami w indeksie, ale rzeczywiście posiadaną wiedzą, którą potrafimy wykorzystać w praktyce.

Z punktu widzenia nauczyciela akademickiego – taka praca jest jedną z wielu, której nie przeczyta nikt oprócz promotora, recenzenta no i oczywiście samego autora (o ile jest autorem tejże pracy…). Wypociny takie trafiają potem w stos innych, jej podobnych i niszczeje bez pożytku dla innych.

Jakie więc jest rozwiązanie tego problemu? Obecnie, kręgi akademickie rozważają wprowadzenie opracowywanie pewnych projektów i zdawanie egzaminu. To jednak nie jest takie proste, bowiem sprawa ma się inaczej względem niektórych kierunków. Bo przecież nie może to wyglądać tak samo na socjologii, filozofii i budownictwie, prawda? W tym wszystkim należy zawrzeć swego rodzaju złoty środek, a kierować się trzeba użytecznością takich prac. Chwalebnym uczynkiem byłoby to, aby takie prace mogłyby być w dobrym celu wykorzystane.

Przezorny zawsze ubezpieczony. ;)

Nauczony gorzkim doświadczeniem, na początku nowej działalności tego bloga pozwoliłem sobie ograniczyć uprawnienia adresom IP sieci GSK Gonet na moim blogu.

Jako, że niektórzy użytkownicy tej sieci niejednokrotnie pokazali, że nie są zdolni do normalnej dyskusji, niestety byłem zmuszony do zarządzenia moderacji postów napisanych z IP tej sieci. Nie oznacza to, że osoby łączące się z GSK Gonet nie będą mogły zamieszczać komentarzy, czy też czytać bloga. Jedyne ograniczenie polega na tym, że przed opublikowaniem komentarza zostanie on uprzednio sprawdzony, czy nie jest kolejną prowokacją, czy też idiotycznym wpisem osoby leczącej sobie kompleksy przez Internet.

Zatem, internetowi pieniacze z prowincji mogą pomarzyć o flejmach na tym blogu. Jaka szkoda. 😦

Podjąłeś pracę na studiach? Sprawdź, czy jesteś ubezpieczony, albo szpital wystawi Ci rachunek.

Student ubezpieczenie zdrowotne powinien mieć. Jako grupa społeczna ciężko pracująca głową i przełykiem (student szybko się odwadnia i musi duuużo pić), jesteśmy narażeni na różne, nieciekawe wypadki. Abyśmy tuż po nich mogli się z nich głośno śmiać, wypadałoby nam nie zapłacić rachunku za doprowadzenie nas do stanu używalności. 

Kto ogląda telewizję, wie o czym mówię. Parę tygodni temu zaalarmował mnie Polsat, który w programie „Interwencja” wyemitował reportaż nt. studentki, która podjąwszy pracę w czasie studiów, po jej zakończeniu została nieubezpieczona. I z tego oto powodu miała wielkie nieprzyjemności w szpitalu.

Nie uważałem, że podobna sprawa będzie dotyczyć mnie. Chociaż dobrze wiedziałem, że przed rozpoczęciem studiów podjąłem pracę. Za granicą co prawda, ale jednak praca. Następnie „ten, który je owoc naszego żywota” – ZUS poinformował mnie o tym, że odprowadzono za mnie składkę emerytalną (Hurra!) i jeszcze nie wybrałem swojego OFE. Jak będę chciał, to sobie zmienię, a tymczasem, niech mi wylosują.

Sprawy te olałem i w złośliwości swojej wszelkiej – życie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Nadmienić należy, że zarejestrowałem się do „Medyka” w Rzeszowie (którego zaraz kopnę w dupę za okłamanie mnie w żywe oczy). I poszedłem do placówki obok Politechniki. Tam, w rejestracji okazało się, że ubezpieczony nie jestem i muszę wypełnić oświadczenie, że jednak jestem uprawniony do opieki medycznej z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego. Cóż tam, podpisałem się, wszedłem do gabinetu, a rozmowa z lekarzem trwała 2 minuty. Obejrzał oko, kazał żreć antybiotyk, a jak nie pomoże, to iść do okulisty. Jak mi za to wystawią rachunek, to się mocno zdenerwuje.

Miałem Medykowi nawrzucać. Bardzo proszę – kiedy to rozpoczynałem studia, przyszły do sali 2 w sumie miłe panie z ofertą zapisania się do przychodni. Mnie to było na rękę, bo jeżeli zachoruję w trakcie nauki, to nie będzie problemu z dostaniem się do lekarza. Przy okazji, zarzekały się one, że z miejsca pierwotnego zarejestrowania (czyli NZOZ w moim miejscu zamieszkania) wyrejestrowany nie zostanę. Dobra, dostały moje dane, podpis i voila. Przynajmniej spokojność umysłu zachowam.

A tutaj okazuje się najlepsze – chcąc zrobić sobie badania (krew, siku, kupa), uprzednio uzyskując skierowanie od lekarza rodzinnego dowiaduje się, że ubezpieczony dalej nie jestem, a na dodatek, do lekarza się nie zapiszę, bo zostałem wyrejestrowany.

Kurwa mać!

Zatem Panie w Medyku zrobiły mnie w konia i zapewne pobrały za to niemałą prowizję. Sądząc po gabarytach jednej z nich już wiem, co zrobiła z ekstra dodatkiem do pensji. Druga za składki z mojego ubezpieczenia pewnie zakupiła sobie więcej tapety na ten pusty łeb, a to wszystko dzięki temu, że skłamały. Tak się nie robi, ale cóż.

Wracamy do tematu. Nauczony doświadczeniem, poszedłem do księgowej swojego rodziciela i dowiedziałem się, że ZUS oświadcza wszem i wobec, że ja, Jakub Szczęsny jestem ubezpieczony. Taaak? To skąd niby NFZ uważa, że nie jestem? Bo ma burdel. Być może też spowodowany tym, że rzeczywiście mogłem przerwać okres ubezpieczenia podejmując pracę w pełnym wymiarze godzin (a nawet większym, wszak w rzeźni zapieprzałem 10h codziennie…). Nic to, teraz powinno być wszystko w porządku, bo zawczasu tym się zająłem. A Tobie studencie radzę:

Jeżeli pracowałeś w czasie studiów i przestałeś – sprawdź swoje ubezpieczenie. Idź do swojej przychodni i zapytaj, jak tam z Twoimi składkami jest. Jeżeli nie jesteś, dzwoń do rodzica i niech ponownie wpiszę Cię do swojego ubezpieczenia (niezależnie, czy u pracodawcy, czy u siebie, czy też jest na emeryturze).

Jeżeli pracowałeś przed studiami, zrób to samo, co powyżej.

Olewając sprawę narażasz się na nieprzyjemne koszty – złamanie ręki spowoduje wystawienie Tobie rachunku na około 3 tysiące złotych. Noga – około 5. Dużo? Bardzo.

A co do Medyka – poprzysiągłem sobie, że będą mieli ze mną więcej roboty, niż się spodziewają. Będę regularnie rejestrował się u siebie w miejscowości i u nich w Rzeszowie, tak z 5-6 razy do roku. Ja za to nie płacę, oni już niestety tak. Może mi się w ciągu 3-4 lat zwróci prowizja dla pań, które mnie wkopały w Medyka.

Isn’t it where… we came in?

Hola, hola. To już było. Było i to porzuciłeś w pierony. Jakubie, daj sobie spokój wreszcie. Osiągnąłeś dużo, starczy. Ludzie chcieli Cię po sądach ścigać, bluzgali wściekle w komentarzach, spluwali na Twój widok, kiedy tylko koło nich przechodziłeś. W sumie, to na sam dźwięk Twojego nazwiska już dawno spluwali z niesmakiem, rozmyślając o swoich marzeniach, które w większości nigdy się nie spełnią.

tumblr_m943hrucFr1rdirypo1_500

Nie.

Nie bez powodu użyłem cytatu z The Wall Floyd’ów. Rzeczywiście, to już było. Zaczęło się podobnie. Od pustej kartki, pustego miejsca na blogu. Pierwszy wpis, pierwsze cięcie, pierwsi czytelnicy. Potem pierwsze obyczajowe ekscesy, zaostrzenie języka, kontrowersje, pierwsze groźby, jeszcze więcej odwiedzin, aż w końcu doszło do porzucenia przeze mnie projektu.

O co tutaj chodzi? Wiecie co, nudzi mi się. Poza tym, lubię pisać. Jakie to proste, prawda? O czym będę pisać? O tym, co mi się nawinie – podzielę się od czasu do czasu wrażeniami z zabawy jakimś nowym gadżecikiem, zleję błotem od góry do dołu kogo trzeba, pochylę się nad sensem życia (ale tylko wtedy, kiedy będę nietrzeźwy).

Jeżeli szukacie szczerości, tutaj znajdziecie jej aż nadmiar. Blog ten będzie nią wypełniony aż po brzegi, razem z wypukłym meniskiem. Będzie trochę śmieszno, trochę straszno… zależnie od tematu. Tam, gdzie stosowna będzie słowna błazenada, tam się ona znajdzie. Gdzie trzeba będzie zachować powagę – będzie zachowana. Wszystkiego po trochu, blogowy bigos, który dla niektórych może być zbyt ostry, dla niektórych za mdły, a parę osób pociągnie na wymioty. Garstce przypadnie do gustu, coś, jak jedzenie robali. Dla koneserów, dla ludzi wybranych – nie dla idiotów. Jak Media Markt z pozoru.

Zapraszam na show.