Co robić po studiach – dylemat nowo wyprodukowanych magistrów, inżynierów, licencjatów.

Otrzymujesz do ręki upragniony papier, w którym stwierdza się, że osiągnąłeś pewien poziom w toku kształcenia się na pewnym kierunku. Jesteś z siebie dumny, bo przetrwałeś kilka sesji, masę kolokwium i egzaminów. Trochę się pouczyłeś, trochę pobalowałeś – ale pewne jest jedno. Masz tytuł. No, dobra, ale co dalej?

Jak w Polsce jest z pracą, wiemy wszyscy. Obecnie, bezrobocie sięga pułapu 14%, co jest bardzo dużym odsetkiem osób bez zatrudnienia. Co jest temu winne? Kryzys (sztucznie nadmuchany, ale kryzys…), który zmusił pracodawców do obcięcia kosztów, a co za tym idzie do redukcji zatrudnień. Powszechnie wiadomo przecież, że pracownik to nie tylko trybik przynoszący dochody właścicielowi przedsiębiorstwa, ale także koszt, który jeżeli nie jest potrzebny, należy zlikwidować. Obecna sytuacja absolutnie nie sprzyja temu, aby pracodawcy chętniej zatrudniali nowych pracowników. Oprócz płacy dochodzi także do zapłacenia ubezpieczenie społeczne, które małe nie jest (a tak naprawdę, to wielkie gówno z tego mamy…). Dlatego też coraz częściej spotyka się umowy śmieciowe oraz zjawisko pracy „na czarno”. A kto dłużej nie może znaleźć pracy w Polsce, wyrusza za granicę, gdzie stanowisko na zmywaku, czy na taśmie produkcyjnej czeka na pracownika – i to za wiele lepszą płacę, niż w Polsce, rzecz jasna.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby na ten zmywak jechały osoby niewykwalifikowane do innej pracy, które rzeczywiście w Polsce pracy raczej nie znajdą. A tak, to mamy drenaż mózgów, tyle, że te mózgi na wygnaniu wcale nie robią tego, czego nauczyły się w Polsce. Z takiej oto okazji mamy magistrów na halach produkcyjnych, którzy po paru latach pracy już nie bardzo pamiętają, o co chodziło w tym, czego tak pilnie uczyli się w trakcie studiów.

Nie jest to problem jedynie na studiach humanistycznych. Po prawie pracę znajdzie sobie ten, kto zda aplikację i ma pewne znajomości. Z tym czasami jest ciężko. Po pedagogice w szkole pracę znaleźć jest równie trudno, bo stare pierdzistołki wśród nauczycieli nie bardzo chcą wpuszczać do zawodu młode osoby. Tam także bez dobrych znajomości ani rusz. I tak jest w większości przypadków. Aby dostać się do pracy do urzędu, też trzeba mieć plecy, albo zasobny portfel rodziców. Dzięki temu mamy w różnych instytucjach dziadkoland, gdzie stanowiska piastują osoby, które zatrzymały się w myśleniu już parędziesiąt lat wstecz i za nic nie chcą się dostosować do obecnych realiów, co obecnie jest konieczne.

A co można robić po socjologii? Po pierwszym semestrze tego kierunku uświadomiłem sobie, że nie jest to kierunek zły. Jest on jedynie źle wykorzystany. Według mnie osoba po studiach socjologicznych da sobie radę jako dziennikarz, spec od reklamy, PR-owiec, pracownik socjalny. Rozstrzał jest dosyć duży. A ja? Ja mam na to wszystko inny pomysł. 😉

Od małego mi wpajano, że etat to nic fajnego. Idziesz na 8 godzin do pracy, odbębniasz swoje, bierzesz pensję i tak w kółko. Rzadko jest możliwość rozwijania się, awansu, jesteś zależny od swojego szefa – perspektywa nieciekawa. Toteż obrałem sobie za cel własną działalność. Jaką? Uch, no wszystkiego powiedzieć nie mogę. Na pewno będę pracował z ludźmi i będę chciał czerpać z tego dobre profity.

A co ze studentami? Cóż, dużo musi zmienić się w myśleniu. Jeszcze więcej w pomyśle na życie. Etat powinno się traktować jak ostateczność, nie jako sposób na życie. Kiedyś usłyszałem pewne bardzo mądre zdanie:

Człowieka szczęśliwego poznasz po tym, że przez całe swoje życie nie chadzał jedną drogą do swojej pracy.
A jeszcze szczęśliwszego po tym, że w swoim życiu nie przepracował ani jednego dnia – robiąc to, co lubi.

A jednak – dwa zdania.

Reklamy