Gorzkie żale – rzecz o demokracji w grupie.

Wiecie, jak czuje się człowiek, który dochodzi do tego, że demokracja to ułomna forma sprawowania rządów, pomimo tego, że całe jego otoczenie mówiło mu, że jest to stan idealny? Taki człowiek czuje się po prostu oszukany. Sam jestem zdania, że im człowiek dojrzalszy (i wcale tu nie chodzi o physis), zaczyna dochodzić do wniosków, które nijak pokrywają się z myśleniem ogółu. Do tego, że demokracja jest ułomnością samą w sobie doszedłem już dawno, ale na swojej skórze doświadczyłem tego dopiero przed paroma dniami. Będę się trochę żalił, ale cóż…

tumblr_m1ylmbzTPv1qekii3o1_500

Rzecz zaczęła się banalnie. W dobie informatyzacji, na roku funkcjonuje skrzynka mailowa służąca do kontaktu z nauczycielami prowadzącymi zajęcia. Rozwiązanie proste, wygodne, zarówno dla nas – studentów, jak i dla nauczycieli, którzy mogą w prosty sposób przesłać nam zagadnienia do egzaminów, czy też informację o tym, że któreś zajęcia się nie odbędą. Oczywiście, jako osoba świadomie korzystająca z Internetu, jestem za takimi przedsięwzięciami. Jednak… nie został uwzględniony jeden z najważniejszych czynników pochodzenia ludzkiego – głupoty.

Tuż po rozpoczęciu się nowego semestru na uczelni, okazało się, że ktoś w przypływie inspiracji (zapewne chodziło o ekspresję myśli osoby szczególnie obdarzonej „rozumem”) napisał wiadomość do nauczyciela o niewybrednej treści. Oczywiście, wielka konsternacja, nie wiadomo co zrobić, zwłaszcza, że odbiorca maila zdążył na niego odpisać, nie ukrywając swojego zaskoczenia i oburzenia tym faktem. Blady strach padł na ludzi z roku, taki incydent bowiem może pogrzebać dobre imię rocznika na kierunku.

<stukam się w czoło>

A teraz wypada mi przytoczyć pewną uniwersalną mądrość, która przyświeca mi od dłuższego czasu.

Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara.

Skąd ten paradoks? Może wrócę do tematu. Jako, że jestem świadomy, że pod względem posługiwania się Internetem na roku w pewnym stopniu przewyższam niektórych (nie, żebym to traktował jako swój „szczególny atut”, po prostu zaznaczam), postanowiłem wyjaśnić sprawę nauczycielowi, przy okazji przepraszając w imieniu całego roku, a nawet niejako biorąc winę na siebie. Bo rzeczywiście, mogłem przewidzieć, że ktoś odwali takie jajo i temu przeciwdziałać.

W odpowiedzi widać było już opanowanie emocji przez nauczyciela, mieliśmy szczęście.

No, ok. ale już po sytuacji, zaczęliśmy się zastanawiać, jak rozwiązać sprawę teraz, by takie coś w przyszłości nie miało miejsca. Uprzednio oczywiście zmieniłem hasło do poczty e-mail i zdecydowałem nikomu nie dawać uprawnień. I to stało się kością niezgody na roku.

Bo jak to, Szczęsny ma hasło, a ja nie? Tak być nie będzie!

Nie jesteś starostą, nie będziesz miał hasła.

Nie jesteś prezesem, aby rozporządzać dobrem publicznym.

No, nie jestem starostą. Za to za maila powinniśmy wszyscy brać odpowiedzialność. Skoro ktoś nie przypilnował sobie komputera, czy też sam dopuścił się tak idiotycznego czynu, a mail jest wspólny, odpowiadamy wszyscy. Poza tym, nie wiem dlaczego, ale brak dostępu do głupiego maila (na nim świat się kończy?!) został potraktowany jako sankcję skierowaną w stronę wszystkich. Nikt natomiast nie pomyślał o tym, że jest to środek prewencji. Chyba każdemu zależy na tym, aby być dobrze postrzeganym na roku, prawda? No, chyba, że ktoś wyrwał się do Rzeszowa z przekonaniem, że na uczelni nie należy sobie wyrabiać „marki”. Owszem, trzeba. Całe życie to jest sprzedaż, marketing.

Odniosę się jeszcze do tego, że wśród Polaków panuje przekonanie, że na wszystkim znają się najlepiej. No, niestety to prawda nie jest – i dlatego właśnie ludzi powinno kategoryzować się wedle specjalności i szanować ten podział. Trochę więcej zaufania do innych, ludzie…

Moją propozycją rozwiązania kwestii bezpieczeństwa korespondencji roku było utworzenie przekierowania na drugi adres e-mail, aby był on dostępny dla wszystkich, lecz nie służył do wysyłania wiadomości. Ten, do komunikacji z nauczycielami administrowałby jedynie starosta. I wtedy podobnym incydentom moglibyśmy ukręcić łeb.

Jednak mojej propozycji nie przyjrzał się nikt. Ba, nikt jej nie zrozumiał. Bo nie chciał. Rozwiązanie proste jak drut, nieprzeszkadzające w niczym, a jednak niezaakceptowane. Dlaczego? Bo ludzie nie rozumieją. Nie chcą.

Wygrała demokracja – w śmiesznym głosowaniu nad rozwiązaniem sprawy poczty elektronicznej. Decyzję podtrzymała starosta. Nie miała wyjścia? Niekoniecznie.

Przywództwo to nie tylko sztuka osiągania kompromisów poprzez dogadzanie tym, co najgłośniej się drą. Przywództwo to przede wszystkim sztuka kompromisów, pokazywania ludziom najlepszych możliwych rozwiązań i rozważanie ich samemu. Przywódca ma decydujące zdanie (zawsze, przynajmniej według mnie) i to on, czasami niezależnie od grupy powinien podejmować jasne i stanowcze decyzje. Jeżeli tego nie ma, osiągniemy stan ułomności – kiedy to osoby, które na rzeczy się nie znają, decydują o przyszłości grupy. 

Na koniec tego tekstu, pozostaje mi tylko życzyć powodzenia, aby znowu nie zdarzyła się taka sytuacja. Czuję, że następnym razem tyle szczęścia nie będzie i adresat nie będzie już taki wyrozumiały.

Reklamy

Podjąłeś pracę na studiach? Sprawdź, czy jesteś ubezpieczony, albo szpital wystawi Ci rachunek.

Student ubezpieczenie zdrowotne powinien mieć. Jako grupa społeczna ciężko pracująca głową i przełykiem (student szybko się odwadnia i musi duuużo pić), jesteśmy narażeni na różne, nieciekawe wypadki. Abyśmy tuż po nich mogli się z nich głośno śmiać, wypadałoby nam nie zapłacić rachunku za doprowadzenie nas do stanu używalności. 

Kto ogląda telewizję, wie o czym mówię. Parę tygodni temu zaalarmował mnie Polsat, który w programie „Interwencja” wyemitował reportaż nt. studentki, która podjąwszy pracę w czasie studiów, po jej zakończeniu została nieubezpieczona. I z tego oto powodu miała wielkie nieprzyjemności w szpitalu.

Nie uważałem, że podobna sprawa będzie dotyczyć mnie. Chociaż dobrze wiedziałem, że przed rozpoczęciem studiów podjąłem pracę. Za granicą co prawda, ale jednak praca. Następnie „ten, który je owoc naszego żywota” – ZUS poinformował mnie o tym, że odprowadzono za mnie składkę emerytalną (Hurra!) i jeszcze nie wybrałem swojego OFE. Jak będę chciał, to sobie zmienię, a tymczasem, niech mi wylosują.

Sprawy te olałem i w złośliwości swojej wszelkiej – życie zmusiło mnie do pójścia do lekarza. Nadmienić należy, że zarejestrowałem się do „Medyka” w Rzeszowie (którego zaraz kopnę w dupę za okłamanie mnie w żywe oczy). I poszedłem do placówki obok Politechniki. Tam, w rejestracji okazało się, że ubezpieczony nie jestem i muszę wypełnić oświadczenie, że jednak jestem uprawniony do opieki medycznej z tytułu ubezpieczenia zdrowotnego. Cóż tam, podpisałem się, wszedłem do gabinetu, a rozmowa z lekarzem trwała 2 minuty. Obejrzał oko, kazał żreć antybiotyk, a jak nie pomoże, to iść do okulisty. Jak mi za to wystawią rachunek, to się mocno zdenerwuje.

Miałem Medykowi nawrzucać. Bardzo proszę – kiedy to rozpoczynałem studia, przyszły do sali 2 w sumie miłe panie z ofertą zapisania się do przychodni. Mnie to było na rękę, bo jeżeli zachoruję w trakcie nauki, to nie będzie problemu z dostaniem się do lekarza. Przy okazji, zarzekały się one, że z miejsca pierwotnego zarejestrowania (czyli NZOZ w moim miejscu zamieszkania) wyrejestrowany nie zostanę. Dobra, dostały moje dane, podpis i voila. Przynajmniej spokojność umysłu zachowam.

A tutaj okazuje się najlepsze – chcąc zrobić sobie badania (krew, siku, kupa), uprzednio uzyskując skierowanie od lekarza rodzinnego dowiaduje się, że ubezpieczony dalej nie jestem, a na dodatek, do lekarza się nie zapiszę, bo zostałem wyrejestrowany.

Kurwa mać!

Zatem Panie w Medyku zrobiły mnie w konia i zapewne pobrały za to niemałą prowizję. Sądząc po gabarytach jednej z nich już wiem, co zrobiła z ekstra dodatkiem do pensji. Druga za składki z mojego ubezpieczenia pewnie zakupiła sobie więcej tapety na ten pusty łeb, a to wszystko dzięki temu, że skłamały. Tak się nie robi, ale cóż.

Wracamy do tematu. Nauczony doświadczeniem, poszedłem do księgowej swojego rodziciela i dowiedziałem się, że ZUS oświadcza wszem i wobec, że ja, Jakub Szczęsny jestem ubezpieczony. Taaak? To skąd niby NFZ uważa, że nie jestem? Bo ma burdel. Być może też spowodowany tym, że rzeczywiście mogłem przerwać okres ubezpieczenia podejmując pracę w pełnym wymiarze godzin (a nawet większym, wszak w rzeźni zapieprzałem 10h codziennie…). Nic to, teraz powinno być wszystko w porządku, bo zawczasu tym się zająłem. A Tobie studencie radzę:

Jeżeli pracowałeś w czasie studiów i przestałeś – sprawdź swoje ubezpieczenie. Idź do swojej przychodni i zapytaj, jak tam z Twoimi składkami jest. Jeżeli nie jesteś, dzwoń do rodzica i niech ponownie wpiszę Cię do swojego ubezpieczenia (niezależnie, czy u pracodawcy, czy u siebie, czy też jest na emeryturze).

Jeżeli pracowałeś przed studiami, zrób to samo, co powyżej.

Olewając sprawę narażasz się na nieprzyjemne koszty – złamanie ręki spowoduje wystawienie Tobie rachunku na około 3 tysiące złotych. Noga – około 5. Dużo? Bardzo.

A co do Medyka – poprzysiągłem sobie, że będą mieli ze mną więcej roboty, niż się spodziewają. Będę regularnie rejestrował się u siebie w miejscowości i u nich w Rzeszowie, tak z 5-6 razy do roku. Ja za to nie płacę, oni już niestety tak. Może mi się w ciągu 3-4 lat zwróci prowizja dla pań, które mnie wkopały w Medyka.